Piętnaście lat później
- Melisa, jesteś spakowana?! - słyszał nawoływanie Hermiony z kuchni. Sam właśnie kończył pakowanie kufra.
- Pytałaś się już o to sto razy! - Severus, odwracając się po koszulę, zobaczył, jak wysoka dziewczyna przemyka wściekle korytarzem.
- Margaret już wstała?
- Zapytaj Margaret!
- MARGARET!
Severus zamknął kufer i wyszedł z sypialni. Zszedł do kuchni, w której panował zwykły rozgardiasz. Hermiona, jak zwykle z rozwianym włosem, miotała się przy blacie, szykując dziewczynkom kanapki na drogę. Melisa siedziała przy stole i jadła kanapkę, wyraźnie pokazując swoją niechęć do świata. Z piętra doszedł dźwięk zatrzaskiwanych drzwi i po chwili w kuchni znalazła się Margaret. Dwunastolatka, z burzą brązowych włosów na głowie, które ewidentnie odziedziczyła po matce, usiadła równie niezadowolona co jej siostra. Severus spojrzał na kobiety swego życia, uśmiechając się pod nosem.
Hermiona, mimo kręcenia się po kuchni, prezentowała się jak zwykle dobrze. Ubrana była w prostą szatę, pod którą miała elegancką garsonkę. Pani Minister Magii w końcu musiała się jakoś prezentować. Przez te lata niewiele się zmieniła – jedynie po dwóch ciążach zaokrągliła się tu i ówdzie. Nadal jednak miała bystre spojrzenie, którym mogła w trymiga wyłapać wszystko co odbiegało od ideału.
- Melisa, nie baw się jedzeniem, tylko jedz! - zbeształa córkę i postawiła na stole wielki dzban kawy. - Dzień dobry, skarbie. - zauważyła go i uśmiechnęła się promiennie. Tak samo jak przez ostatnie piętnaście lat, każdego dnia.
- Dzień dobry. - usiadł obok Melisy i sięgnął po kawę. Starsza córka siedziała dalej obrażona na matkę. Zawsze się z Hermioną śmiali, że Severus nawet jakby bardzo chciał, to nie wyrzeknie się swojej starszej córki. Była do niego podobna, jakby ktoś ich sklonował. Jedynie nosa nie odziedziczyła po nim, za co dziękował Merlinowi każdego dnia. Jednak jej bladą, szczupłą twarz, okalały długie czarne włosy, równie cienkie jak jej ojca. Oczy były koloru obsydianu a usta wykrzywiały się we wrednym uśmiechu. No i oczywiście była Ślizgonką.
- Tato, Margaret znowu zabrała mi odznakę prefekta!
- Margaret, to prawda?
- Wcale nie! Dała ją do kufra, tylko o tym nie pamięta!
Dziewczynki zaczęły się kłócić a on patrzył na nie z dziwną pobłażliwością, za którą Hermiona nie raz go karciła. Jak to Al stwierdził – po urodzeniu się Melisy, poziom wredności Severusa zmalał o 50%, a po ślubie o kolejne 30%.
Pamiętał ten dzień doskonale. Pamiętał ten strach, który mu wtedy towarzyszył. Mimo iż z Hermioną mieszkali razem już ładnych kilka miesięcy a córka zdążyła już zdążyła podrosnąć, nadal się bał, że Hermiona znienacka ucieknie.
- Severusie Tobiaszu Snape, czy bierzesz tę oto Hermionę Jane Granger za swoją żonę i przyrzekasz na swą duszę chronić ją, kochać szczerze i trwać wiernie przy jej boku?
- Tak.
Severus stał ubrany w mugolski garnitur, ściskając rękę Hermiony. Ubrana była w prostą białą suknię. Obok stał Alexander, trzymając na ręku półroczną Melisę, gaworzącą coś w swoim niemowlęcym języku.
- Hermiono Jane Granger, czy…
Ich ślub był skromny. Oprócz Alexandra, byli również Potter, Lupinowie, McGonagall i Weasleyowie, z Ronem w pakiecie. Ten ostatni na wieść o zaręczynach Severusa i Hermiony przyjechał do Londynu i przeprosił dziewczynę za swoje zachowanie.
- Musisz go naprawdę kochać, skoro się na to zgodziłaś. - mruknął, gdy Severus zostawił ich samych w salonie.
- Kocham nad życie, Ronaldzie.
Wiele czasu zajęło, zanim pojął, że mówiła prawdę. Ale przez piętnaście lat nie było dnia, w którym by mu tego nie okazywała. W zdrowiu, w chorobie, w gorszych i lepszych chwilach. Zawsze, gdy tego potrzebował. Zawsze.
- Dziewczynki, już późno, idźcie na górę po swoje rzeczy i za chwilę widzimy się w samochodzie!
Głos Hermiony wyrwał go z zamyślenia. Po chwili poczuł na policzku pocałunek.
- Chodź, trzeba je odwieźć na pociąg.
***
- Scorpius! - Melisa widząc swojego chłopaka na peronie, od razu oddzieliła się od rodziców. I choć Severus miał ochotę Scorpiusa Malfoya obedrzeć ze skóry za sam fakt zainteresowania Melisą, wiedział, że taka była kolej rzeczy.
- Hermiona, Severus! - Draco i Ginny podeszli do nich uśmiechnięci. Ginny gładziła swój pokaźny brzuch, w których skrywało się ich trzecie kolejne dziecko. - Co słychać?
- W porządku, dziękujemy. Nic się nie zmieniło od wczoraj, kiedy byliście u nas na kolacji. - Hermiona uścisnęła Ginny. - Jak Georgia?
- Rośnie jak na drożdżach…
Kobiety wdały się w dyskusję a Severus wpatrywał się w tłum ludzi na dworcu. Wielu z nich gapiło się prosto na nich. Nic dziwnego. Bohaterski szpieg Severus Snape, bohaterka wojenna, Minister Magii Hermiona Snape oraz ich dzieciaki zawsze wzbudzały zainteresowanie.
- Margaret, Melisa, chodźcie się pożegnać! - Hermiona krzyknęła i dziewczynki po chwili były już przy nich.
- Do zobaczenia na uczcie. - przytulił do siebie Melisę a następnie Margaret.
- Do zobaczenia, tato. Pa, mamo! - teraz Hermiona je przygarnęła. Po chwili już oboje stali obok siebie, ściskając się za ręce, patrząc jak tył Expresu Londyn-Hogwart znika w oddali.
- Wszystko w porządku? - poczuł, jak Hermiona gładzi go po policzku. Skinął głową i uśmiechnął się. Od piętnastu lat było w porządku.
KONIEC
poniedziałek, 13 marca 2017
niedziela, 12 marca 2017
Rozdział XXVI
- Kolejny rok dobiega końca. Był to rok przełomowy, podczas którego nie tylko zdołaliście nabyć nowe umiejętności. Byliście również świadkami niezwykle ważnego wydarzenia: pokonania Lorda Voldemorta. Niestety, przez to, nie wszyscy mogą być dziś z nami. Proszę o powstanie i uczczenie minutą ciszy poległych, a w szczególności profesor Sprout i profesor Sinistrę. - McGonagall patrzyła na zgromadzonych ze swojego podium dyrektora. Uczniowie i nauczyciele powstali i posłusznie schylili głowy.
- Dziękuję. Wierzę, że ich ofiara na zawsze pozostanie w waszej pamięci. A teraz pora na coś weselszego. Z dumą pragnę oświadczyć, iż w tym roku Hogwart ukończyła szóstka uczniów. Zapraszam państwa do siebie po odbiór dyplomów!
Hermiona wstała od stołu Gryfonów. Miała na sobie odświętną szatę a plakietka prefekta błyszczała na jej piersi. Wyminęła pozostałych uczniów i podeszła do stołu prezydialnego. Nauczyciele ustawili się w rzędzie, gratulując poszczególnym absolwentom zdobycia dyplomu.
Hermiona podeszła do McGonagall.
- Panno Granger, to był zaszczyt panią uczyć. Pani średnia zapisuje się na kartach historii jako najwyższa. Udało się pani przebić nawet samą Helenę Ravenclaw, córkę Roweny. Proszę, o to pani dyplom. - nauczycielka nieoczekiwanie schyliła się i ją mocno do siebie przytuliła. - Obyś i w życiu dawała sobie zawsze radę.
- Dziękuję, pani profesor. - dziewczyna uśmiechnęła się i podeszła do kolejnego nauczyciela. Flitwick życzył jej wielu sukcesów na polu zawodowym, Hagrid uściskał ją tak mocno, że zaczęła bać się o Melisę a profesor Vector pogratulowała zdolności.
- Hermiono, to był zaszczyt. - Alex uściskał ją mocno. - Choć mam wrażenie, że jeszcze nie raz się spotkamy.
- Z pewnością. - uśmiechnęła się szeroko. Na samym końcu stał Snape, który miał nieprzenikniony wyraz twarzy.
- Panno Granger. - skinął jej głową.
- Profesorze Snape. - odkłoniła się i uśmiechnęła.
- Gratuluję wysokich wyników. Dawno nie miałem tak zdolnej uczennicy.
- Miło to w końcu usłyszeć, po siedmiu latach. - parsknęła i wróciła do stołu. Nałożyła sobie sporą porcję ulubionej pieczeni i spojrzała ostatni raz na Wielką Salę. Była w niej ostatni raz. Poczuła łzy spływające po policzkach.
Ostatni raz.
***
Podróż z Hogwartu do Londynu minęła stanowczo za szybko. Hermiona spędziła ją głównie na rozmyślaniu. W zasadzie dalej nie wiedziała na czym stoi z Severusem. Po wiadomości o córce, Snape wyszedł i więcej jej nie odwiedził. Ciężko jej było zrozumieć jego zachowanie. Nie miała siły się na niego obrażać czy rozpaczać. Ważne, że wie. Ale, tak jak sobie obiecała, nie będzie go do niczego zmuszać. Widać zadecydował, że nie chce uczestniczyć w ich życiu.
- Halo, wysiadamy! - głos Ginny sprawił, że się ocknęła. - Zostaw ten bagaż, Fred i George są na peronie, oni go wezmą!
Skinęła głową. Sama i tak nie dałaby rady ściągnąć ciężkiego kufra. A dzień po trafieniu do św. Munga do szpitala wparowała pani Weasley z torbami rzeczy dla maluchów. Ginny wypaplała swojej rodzinie o dziecku, więc Hermiona mogła w pełni korzystać z faktu posiadania przyszywanych braci.
- No, cześć mamuśka! - Fred uśmiechnął się bezczelnie. - Daj no te bagaże!
Rudzielec sięgnął na półkę i ściągnął kufer Hermiony. George z kolei sięgnął po koszyk z Krzywołapem i obaj wyskoczyli z wagonu.
- Widziałaś? To są bracia! Tobie pomogli a moich rzeczy już nie wzięli! - Ginny marudziła, kiedy wyszły na peron. Hermiona jedynie wzruszyła ramionami. Nie chciała dopiekać Rudej, że takie są uroki ciąży, że wszyscy pomagają.
- Hermiona! Ginny! - pani Weasley uściskała je obie, jakby obie były jej córkami. - Kochana, blado wyglądasz. Jedziemy do domu, musisz porządnie zjeść!
- Ale, pani Weasley, ja…
- Masz dokąd iść?
- Ja...bo… - Hermiona pomyślała o swoim dawnym domu na przedmieściach Londynu. Domu, który od roku stał pusty, bo jej rodzice byli w Australii. Prawdę mówiąc, nie pomyślała o tym, że nie miałaby się gdzie z Melisą podziać.
- Prawdę mówiąc.. - zaczęła.
- Prawdę mówiąc, ma. Witaj Molly. - Hermiona odwróciła się gwałtownie. Stał, uśmiechając się bezczelnie, targając jednocześnie swoje blond włosy.
- Matt! - Molly uściskała go serdecznie. Granger patrzyła oniemiała.
- Fred, George, wezmę te bagaże. - Matt błysnął idealnie białymi zębami i wziął ją pod ramię. Bezwolnie przeszła kilka kroków, po czym znienacka stanęła.
- NIGDZIE NIE PÓJDĘ! - ryknęła.
- Posłuchaj, ja…
- MYŚLISZ, ŻE MOŻESZ TAK PO PROSTU PRZYJŚĆ I MNIE ODEBRAĆ Z DWORCA?!
Ginny parsknęła śmiechem. Hermiona sama musiała przyznać, że nie było to najinteligentniejsze zdanie, jakie wypowiedziała w swoim życiu.
- Owszem, taki mam plan.
- Ale…
- Nie ma ale. Chodź. - pociągnął ją do wyjścia. Bez problemu złapał taksówkę i wpakował do niej bagaże i Hermionę.
- Dokąd?
- Spinner's End.
Taksówkarz skinął głową. Po kwadransie byli na miejscu. Matt zręcznie wyjął bagaże, zapłacił mugolskimi pieniędzmi i poprowadził ją do mieszkania. Gdy otworzył przed nią drzwi, zamrugała ze zdziwienia.
Po starej, śmierdzącej, zdezelowanej norze, nie było ani śladu. Mieszkanie było świeżo odremontowane. Ściany były pastelowozielone, na podłogach były puszyste dywany. Zauważyła, że pojawiło się również wiele nowych mebli, w tym część z gabinetu z Hogwartu.
- Witaj w domu. - postawił bagaże przy wejściu do salonu. - Chodź. - wziął ją za rękę. Minęli kuchnię i weszli na piętro, którego nigdy wcześniej nie dostrzegła. Gdy otworzył kolejne drzwi, oniemiała.
Pokój był pomalowany na bladą żółć. Na podłodze znajdował się zielono-czerwony dywanik.
- Podoba się?
Hermiona podeszła bez słowa do łóżeczka, w którym siedział wielki pluszowy królik.
- Wybacz, że cię nie odwiedziłem w szpitalu. Ale… informacja o Melisie mnie zaskoczyła. Wróciłem do Hogwartu. Czułem się pijany radością a jednocześnie… z poczuciem, że nic wam nie mogę zaoferować. - Hermiona uniosła wzrok znad łóżeczka i spojrzała na Matta. Ale Matta już nie było. Severus stał, oparty o framugę, z rękami w kieszeniach. Poczuła znajome mrowienie w podbrzuszu.
- I wtedy Alexander stwierdził, że słusznie nazywacie mnie Nietoperzem z Lochów, bo mam równie mały móżdżek. Z jego pomocą udało mi się wyremontować to mieszkanie. Nie chciałem nic mówić, zanim skończę. Pytanie tylko, czy chcesz tu ze mną zostać?
Bez słowa podeszła do niego.
- Jesteś idiotą.
Skrzywił się i oderwał od framugi, chcąc wyjść. Przewróciła oczami i chwyciła go za ramię.
- Czego?!
- Idiota. - przyciągnęła go do siebie i pocałowała. Chwilę później poznała drogę do sypialni.
- Dziękuję. Wierzę, że ich ofiara na zawsze pozostanie w waszej pamięci. A teraz pora na coś weselszego. Z dumą pragnę oświadczyć, iż w tym roku Hogwart ukończyła szóstka uczniów. Zapraszam państwa do siebie po odbiór dyplomów!
Hermiona wstała od stołu Gryfonów. Miała na sobie odświętną szatę a plakietka prefekta błyszczała na jej piersi. Wyminęła pozostałych uczniów i podeszła do stołu prezydialnego. Nauczyciele ustawili się w rzędzie, gratulując poszczególnym absolwentom zdobycia dyplomu.
Hermiona podeszła do McGonagall.
- Panno Granger, to był zaszczyt panią uczyć. Pani średnia zapisuje się na kartach historii jako najwyższa. Udało się pani przebić nawet samą Helenę Ravenclaw, córkę Roweny. Proszę, o to pani dyplom. - nauczycielka nieoczekiwanie schyliła się i ją mocno do siebie przytuliła. - Obyś i w życiu dawała sobie zawsze radę.
- Dziękuję, pani profesor. - dziewczyna uśmiechnęła się i podeszła do kolejnego nauczyciela. Flitwick życzył jej wielu sukcesów na polu zawodowym, Hagrid uściskał ją tak mocno, że zaczęła bać się o Melisę a profesor Vector pogratulowała zdolności.
- Hermiono, to był zaszczyt. - Alex uściskał ją mocno. - Choć mam wrażenie, że jeszcze nie raz się spotkamy.
- Z pewnością. - uśmiechnęła się szeroko. Na samym końcu stał Snape, który miał nieprzenikniony wyraz twarzy.
- Panno Granger. - skinął jej głową.
- Profesorze Snape. - odkłoniła się i uśmiechnęła.
- Gratuluję wysokich wyników. Dawno nie miałem tak zdolnej uczennicy.
- Miło to w końcu usłyszeć, po siedmiu latach. - parsknęła i wróciła do stołu. Nałożyła sobie sporą porcję ulubionej pieczeni i spojrzała ostatni raz na Wielką Salę. Była w niej ostatni raz. Poczuła łzy spływające po policzkach.
Ostatni raz.
***
Podróż z Hogwartu do Londynu minęła stanowczo za szybko. Hermiona spędziła ją głównie na rozmyślaniu. W zasadzie dalej nie wiedziała na czym stoi z Severusem. Po wiadomości o córce, Snape wyszedł i więcej jej nie odwiedził. Ciężko jej było zrozumieć jego zachowanie. Nie miała siły się na niego obrażać czy rozpaczać. Ważne, że wie. Ale, tak jak sobie obiecała, nie będzie go do niczego zmuszać. Widać zadecydował, że nie chce uczestniczyć w ich życiu.
- Halo, wysiadamy! - głos Ginny sprawił, że się ocknęła. - Zostaw ten bagaż, Fred i George są na peronie, oni go wezmą!
Skinęła głową. Sama i tak nie dałaby rady ściągnąć ciężkiego kufra. A dzień po trafieniu do św. Munga do szpitala wparowała pani Weasley z torbami rzeczy dla maluchów. Ginny wypaplała swojej rodzinie o dziecku, więc Hermiona mogła w pełni korzystać z faktu posiadania przyszywanych braci.
- No, cześć mamuśka! - Fred uśmiechnął się bezczelnie. - Daj no te bagaże!
Rudzielec sięgnął na półkę i ściągnął kufer Hermiony. George z kolei sięgnął po koszyk z Krzywołapem i obaj wyskoczyli z wagonu.
- Widziałaś? To są bracia! Tobie pomogli a moich rzeczy już nie wzięli! - Ginny marudziła, kiedy wyszły na peron. Hermiona jedynie wzruszyła ramionami. Nie chciała dopiekać Rudej, że takie są uroki ciąży, że wszyscy pomagają.
- Hermiona! Ginny! - pani Weasley uściskała je obie, jakby obie były jej córkami. - Kochana, blado wyglądasz. Jedziemy do domu, musisz porządnie zjeść!
- Ale, pani Weasley, ja…
- Masz dokąd iść?
- Ja...bo… - Hermiona pomyślała o swoim dawnym domu na przedmieściach Londynu. Domu, który od roku stał pusty, bo jej rodzice byli w Australii. Prawdę mówiąc, nie pomyślała o tym, że nie miałaby się gdzie z Melisą podziać.
- Prawdę mówiąc.. - zaczęła.
- Prawdę mówiąc, ma. Witaj Molly. - Hermiona odwróciła się gwałtownie. Stał, uśmiechając się bezczelnie, targając jednocześnie swoje blond włosy.
- Matt! - Molly uściskała go serdecznie. Granger patrzyła oniemiała.
- Fred, George, wezmę te bagaże. - Matt błysnął idealnie białymi zębami i wziął ją pod ramię. Bezwolnie przeszła kilka kroków, po czym znienacka stanęła.
- NIGDZIE NIE PÓJDĘ! - ryknęła.
- Posłuchaj, ja…
- MYŚLISZ, ŻE MOŻESZ TAK PO PROSTU PRZYJŚĆ I MNIE ODEBRAĆ Z DWORCA?!
Ginny parsknęła śmiechem. Hermiona sama musiała przyznać, że nie było to najinteligentniejsze zdanie, jakie wypowiedziała w swoim życiu.
- Owszem, taki mam plan.
- Ale…
- Nie ma ale. Chodź. - pociągnął ją do wyjścia. Bez problemu złapał taksówkę i wpakował do niej bagaże i Hermionę.
- Dokąd?
- Spinner's End.
Taksówkarz skinął głową. Po kwadransie byli na miejscu. Matt zręcznie wyjął bagaże, zapłacił mugolskimi pieniędzmi i poprowadził ją do mieszkania. Gdy otworzył przed nią drzwi, zamrugała ze zdziwienia.
Po starej, śmierdzącej, zdezelowanej norze, nie było ani śladu. Mieszkanie było świeżo odremontowane. Ściany były pastelowozielone, na podłogach były puszyste dywany. Zauważyła, że pojawiło się również wiele nowych mebli, w tym część z gabinetu z Hogwartu.
- Witaj w domu. - postawił bagaże przy wejściu do salonu. - Chodź. - wziął ją za rękę. Minęli kuchnię i weszli na piętro, którego nigdy wcześniej nie dostrzegła. Gdy otworzył kolejne drzwi, oniemiała.
Pokój był pomalowany na bladą żółć. Na podłodze znajdował się zielono-czerwony dywanik.
- Podoba się?
Hermiona podeszła bez słowa do łóżeczka, w którym siedział wielki pluszowy królik.
- Wybacz, że cię nie odwiedziłem w szpitalu. Ale… informacja o Melisie mnie zaskoczyła. Wróciłem do Hogwartu. Czułem się pijany radością a jednocześnie… z poczuciem, że nic wam nie mogę zaoferować. - Hermiona uniosła wzrok znad łóżeczka i spojrzała na Matta. Ale Matta już nie było. Severus stał, oparty o framugę, z rękami w kieszeniach. Poczuła znajome mrowienie w podbrzuszu.
- I wtedy Alexander stwierdził, że słusznie nazywacie mnie Nietoperzem z Lochów, bo mam równie mały móżdżek. Z jego pomocą udało mi się wyremontować to mieszkanie. Nie chciałem nic mówić, zanim skończę. Pytanie tylko, czy chcesz tu ze mną zostać?
Bez słowa podeszła do niego.
- Jesteś idiotą.
Skrzywił się i oderwał od framugi, chcąc wyjść. Przewróciła oczami i chwyciła go za ramię.
- Czego?!
- Idiota. - przyciągnęła go do siebie i pocałowała. Chwilę później poznała drogę do sypialni.
sobota, 11 marca 2017
Rozdział XXV
- Może mi powiesz, co się z tobą dzieje? - Ginny wparowała do jej dormitorium bez pukania. Hermiona przykryła się mocniej kołdrą, dając wyraźnie znać, że to nie najlepszy czas na rozmowę.
- Daj mi spokój.
- Och, przestań, od kiedy ty tyle śpisz?
- Nie wiem. Daj mi spokój!
- Hermiona, coś ukrywasz. ZNOWU. - Ginny nie odpuszczała. Hermiona wyciągnęła głowę spod kołdry i westchnęła. Prawdę mówiąc ostatnie dwa tygodnie, podczas których musiała przed wszystkimi ukrywać swój stan, mocno jej dojadły. A Ginny i tak, prędzej czy później, wszystkiego się dowie.
- Jestem w ciąży.
Widząc minę Rudej, parsknęła śmiechem. Ginny udało się zrobić z ust idealne „O”.
- Co?! Jak to? Z kim?!
- A jak myślisz?
Młodsza dziewczyna zrobiła wielkie oczy.
- Wie?
- Nie. I się nie dowie, Ginny. Przynajmniej nie teraz. - Hermiona wolała uciąć tę dyskusję w zarodku. Ginny patrzyła na przyjaciółkę całkowicie zszokowana.
- Czemu się nie pochwaliłaś? - rzuciła z wyrzutem.
- Bo nie było czym. - Granger wzruszyła ramionami. - Ustaliłyśmy z McGonagall, że skoro to ostatni rok, to nie ma sensu przerywać nauki. Dotrwam do OWUTEMów, zdam je i skończę szkołę w terminie.
- Ale do tego czasu musisz jakoś chodzić na lekcje…. - Ruda nagle się poderwała. - Merlinie, przecież ty masz z nim codziennie zajęcia!
- Właśnie dlatego nie jest mi to zbytnio na rękę. Wczoraj o mało nie zemdlałam. - skrzywiła się.
- Kto jeszcze wie?
- McGonagall i Alexander.
- Przecież to przyjaciel Snape'a!
- Obiecał milczeć. - Hermiona wykaraskała się spod kołdry i wstała z łóżka. Ginny zdumiona wpatrywała się w jej brzuch.
- Który to miesiąc?
- Połowa czwartego.
- Ale… jak to? Przecież tak szybko...wy przed bitwą….
- Ginny. To nie jest dziecko bitwy. - Gryfonka zaczęła się ubierać.
- Ale wy wcześniej się nie widzieliście od… o rany, urodziny!
- Ironia, prawda? W dniu, kiedy wywalił mnie za drzwi, zaszłam z nim w ciążę. - Hermiona wciągnęła na siebie bluzę. Była sobota i mogła sobie pozwolić na coś innego niż szkolny mundurek. Poza tym, ostatnio ciągle jej było zimno. - A jak z tobą i Draco?
- Dzieci, póki co, nie ma szans być. - Ruda ocknęła się z szoku. Po czym zaczęła się rozwodzić na temat swojego związku. Hermiona słuchała ją jednym uchem, jednocześnie gładząc brzuch.
- On musi być ślepy, że tego nie zauważył. - Ginny nagle wyrwała ją z zamyślenia. Ruda poklepała ją po ramieniu i wyszła. Gryfonka skinęła jedynie głową. Im dłużej Severus tego nie zauważy, tym lepiej.
***
- Jak się pani czuje, panno Granger? - pani Pomfrey właśnie skończyła ją badać zaklęciem sondującym.
- Dobrze. Choć mdłości i zawroty głowy dają mi w kość. Szczególnie na Eliksirach.
Pielęgniarka westchnęła tylko. Nie skomentowała faktu, że gdyby Hermiona powiedziała o wszystkim Snape'owi to miałaby łatwiej. Zamiast tego wyszła na zaplecze i po chwili wróciła z trzema buteleczkami.
- To na mdłości. - wskazała na niebieską. - To na wzmocnienie. - potrząsnęła fioletową. - A ta jest na dobry rozwój maleństwa. - pokazała ostatnią. - Pozwól jeszcze, że zbadam jak się dziecko rozwija.
Hermiona skinęła głową i położyła się na łóżku. Pielęgniarka zaczęła machać różdżką nad jej brzuchem. Czuła dziwne mrowienie. Pani Pomfrey nagle złagodniała twarz.
- I co?
- Wszystko w najlepszym porządku. Chcesz znać płeć? - Hermiona skinęła głową. - Dziewczynka. Doskonale się rozwija. Za niedługo powinnaś zacząć czuć jak się porusza. Zgłoś się do mnie za miesiąc na kontrolę. Dobrze?
Gryfonka skinęła głową. Wzięła wszystkie butelki i wyszła ze Skrzydła Szpitalnego. Czuła się dziwnie rozczulona. Pogładziła delikatnie brzuch.
Dziewczynka.
Będzie miała córkę.
Córkę Severusa Snape'a.
- Witaj, Meliso. - pogłaskała brzuch. Nikt jej nie odpowiedział. Ale już za kilka miesięcy zobaczy ją, na własnych rękach.
***
Czerwiec. Lato wchodzące nieśmiało przez drzwi i okna. Czas, w którym uczniowie myślą już tylko o zbliżających się wakacjach.
Hermiona właśnie wyszła z ostatniego egzaminu praktycznego. Co prawda miała wrażenie, że twarz jej modela nie do końca przypominała głowę słonia afrykańskiego, lecz indyjskiego, ale i tak była z siebie zadowolona. Dotrwała do końca OWUTEMów! Teraz pozostawało jej już tylko kilka tygodni względnego spokoju na lekcjach i koniec. Ostatnie tygodnie spędziła na zakuwaniu, co, bez Rona i Harry'ego okazało się zdumiewająco łatwe. Teraz pozostało już tylko czekać na wyniki a potem – spokojnie skupić się na sobie.
Piękna pogoda skłoniła ją do tego, by wyjść na błonia i usiąść nad jeziorem. Jeszcze w zeszłym roku siadała tu z Harrym i Ronem.
***
- Granger, szlaban! - miała ochotę go udusić. Gołymi rękami. Albo nie. Liną. Albo odrąbać łeb.
Severus Snape stał nad nią z sadystycznym uśmiechem, rozkręcając swoją tyradę na temat jej nieudolności. Do szkoły po przerwie wrócił we własnej postaci, co zostało oficjalne ogłoszone podczas uczty. Dzięki temu Nietoperz z Lochów na nowo straszył. A jej zdziesiątkowanej klasie, miał spore pole do popisu. Jedyne co wprawiało w zdumienie to fakt, iż chciało mu się robić takie scenki na kilka dni przed końcem roku szkolnego.
- ...to nie tylko nie jest poziom OWUTEMów, to by nie przeszło nawet u pierwszoklasisty…
A wszystko przez to, że omyłkowo dodała trzy miarki proszku z much siatkoskrzydłych zamiast dwóch. Dla eliksiru nie miało to większego znaczenia – stawał się jedynie mocniejszy.
- MÓGŁBY PAN SKOŃCZYĆ?! - wybuchnęła. Snape'a zatkało. Spojrzał na nią i uśmiechnął się jeszcze wredniej.
- Co powiedziałaś?!
- Zapytałam, czy mógłby pan skończyć tę tyradę. Zrozumiałam, jestem kretynką, idiotką, skończonym imbecylem, tumanem, który nigdy nie powinien dotykać różdżki, jestem Panną-Wiem-To-Wszystko, która RAZ, POWTARZAM, RAZ! Popełniła błąd i to taki, który nie wpływa negatywnie na miksturę, o czym pan doskonale wie! Dlatego, niech sobie pan daruje. Rozumiem, szlaban. Pewnie do końca życia, jakby się dało. A teraz, wychodzę – podniosła swoją torbę i wymaszerowała z lochów, trzaskając głośno drzwiami. W głowie jej pulsowało i miała gigantyczną ochotę coś zniszczyć.
Kopnęła w jedną ze zbrój i ruszyła w kierunku Wielkiej Sali, gdzie uczniowie zaczynali schodzić się na obiad. Dwadzieścia minut później przybył Snape, który w pierwszej kolejności podszedł do jej stołu.
- Zjeść też mi pan nie da? - warknęła.
- Granger, szacunek! Gryffindor traci…
- 50? 100? 500 punktów? - zadrwiła.
- Pięćdziesiąt punktów. Następnym razem będzie więcej. Nie. Waż. Się. Więcej. Tak. Do. Mnie. Zwracać. Zrozumiano?
- Tak, panie profesorze. - zadrwiła i odwróciła się do niego plecami.
- Dziś o 20. W moim gabinecie. Punktualnie.
- Tak jest.
Niechętnie dokończyła obiad i poszła na resztę lekcji. Równo o dwudziestej zapukała do gabinetu, z którym miała zbyt wiele wspomnień. A jedno z nich zaowocowało tym, że już nigdy nie miała być sama.
- Wejść!
Otworzyła drzwi i wkroczyła do środka. Severus siedział w jednym z foteli i obrzucił ją gniewnym spojrzeniem.
- Granger, dzisiaj nie tylko mnie obraziłaś, ale i podważyłaś moje kompetencje. Nie mówiąc już o wystawieniu mnie na pośmiewisko.
- To akurat sam pan uczynił.
- Słuchaj, to, że kiedyś coś nas łączyło, nie upoważnia cię…
- Łączyło, tak? - zadrwiła. Spojrzał na nią zaskoczony. - Sam mówiłeś, że to było jedno wielkie kłamstwo. NIC.
- Cieszę się, że to do ciebie dotarło. Choć, jak widać, dalej sobie pozwalasz na zbyt wiele.
- Bo wie pan, panie profesorze, mimo wszystko trudno mieć szacunek do kogoś, kto rżnął mnie przez kilka ładnych tygodni, wyznał miłość, po czym uznał, że to była tylko gra. A ja byłam prywatną kurwą. - czuła, jak krew uderza jej do głowy. - A, nie mówiąc o tym, że ta sama osoba zerżnęła mnie tuż przed bitwą, potem traktując jak powietrze.
- Myślałem, że oboje wiemy, po co to było.
- Owszem. Wtedy, przed bitwą, nie miałam już złudzeń. Ale wcześniej, wyobraź sobie, że ci wierzyłam. Ufałam. Kochałam, do cholery! – nie wiadomo kiedy zaczęła krążyć po pokoju, ciskając wszystkim, co wpadło jej pod rękę. - A wiesz co jest najśmieszniejsze?! - wycelowała w niego jego własnym piórem, niczym nożem. - Że jeszcze wybaczyłabym sprawę z Eliksirem Wielosokowym. Uznałabym, że trudno, byłeś zmuszony. Do cholery, sama byłam obecna przy składaniu przysięgi, więc mogłam to pojąć! Ale nie. Ty musiałeś wszystko spalić do cna!!! - rzuciła przez pokój kałamarzem. Szkło rozprysnęło się na ścianie, tworząc malowniczy wzór z atramentu.
- Skończyłaś już?
- Nie. Wiesz co było najgorsze? Uświadomienie sobie w jednej sekundzie, że jestem i byłam dla ciebie nikim. To bolało.
- Jeśli już skończyłaś swój atak histerii, to pragnę przypomnieć, iż przyszłaś tutaj na szlaban.
- Och, oczywiście! Dawna twarz, dawne metody, prawda? Uciekanie, unikanie, byle tylko nie pokazać, że się ma uczucia! - walnęła pięścią w stół. - Tylko, że, Snape, gra się skończyła. Nie jesteś już szpiegiem. I mnie już ta retoryka nie przekonuje. Musiałam cię znosić przez ostatnie miesiące dzień w dzień. Nie warknęłam ani razu, nie komentowałam, nie dawałam się sprowokować, ale dzisiaj już mam dość!!!
- To co byś chciała usłyszeć, co? - wstał nagle z fotela, odgarniając włosy z twarzy. - Że co, że popełniłem błąd? Że jednak cię kocham, głupia dziewczyno? A może powinienem paść na kolana i się oświadczyć?
- Nie, durniu! - jej głos wzbił się o kilka oktaw. - Wystarczyłoby zwykłe PRZEPRASZAM.
- Niby za co?
- Za potraktowanie mnie jak dziwkę?
Severus zmierzył ją spojrzeniem.
Nagle poczuła, że robi jej się słabo. W brzuchu poczuła dziwny skurcz.
Z impetem upadła.
I dała porwać się ciemności.
***
- Jasna cholera! - był wściekły na siebie, że dał się ponieść emocjom. Klepał Hermionę po twarzy, próbując ją ocucić. Jednak na daremno – dziewczyna wyglądała jak spetryfikowana. Zirytowany podszedł do kominka, wrzucił proszek Fiuu i zawołał Poppy.
- Musisz ją zabrać do Świętego Munga.
- Słucham?! Przecież to omdlenie. Nie możesz jej czegoś dać?
Poppy spojrzała na niego jak na największego idiotę. Którym z całą pewnością był. Pomamrotała jedynie pod nosem i pokręciła głową.
- Zabierz ją do Munga. I najlepiej podaj się za jej chłopaka, męża, kogokolwiek z rodziny, bo inaczej nic ci nie powiedzą. No idź już, tu masz świstoklik! Ja im wyślę patronusa z informacją co i jak.
Severus skinął głową i dotknął starego kawałka papieru a drugą ręką chwycił Hermionę za ramię. Po kilku sekundach wylądował w Holu Szpitala św. Munga. Momentalnie obok niego pojawił się Uzdrowiciel.
- Proszę nam ją dać. Zajmiemy się wszystkim. - położył delikatnie Hermionę na noszach. - Proszę tu poczekać.
Mężczyzna wpatrywał się tępo w drzwi, za którymi zniknęły nosze. Teraz, siedząc w sterylnie czystej poczekalni dla rodzin pacjentów, poczuł się jak skończony idiota.
Sam nie wiedział, co go podkusiło, że dał jej dzisiaj ten szlaban. Od bitwy przecież wszystko ułożyło się tak, że nie mogło lepiej. Ona nie nawiedzała go z pretensjami. On mógł mieć ją w nosie.
Problem polegał na tym, że wcale nie chciał. Ale każdy kolejny dzień zwłoki powodował, że trudniej było mu się do niej odezwać i wszystko wyjaśnić. W końcu wrócił do swojej roli Dupka z Lochów, uznając, że to ją odstraszy.
Dziś jednak coś w nim pękło. Chciał zwrócić na sobie jej uwagę. Pokazać, że wcale nie jest mu obojętna.
- Toś pokazał. Że aż do szpitala trafiła. Kretyn. - warknął, wściekły na siebie.
Mijały kolejne minuty a on wpatrywał się tępo przed siebie. Przeżyli wojnę. Udało im się wyjść z tego bez szwanku. A on, zamiast być wdzięczny za to losowi i chwytać nadarzające się okazje, wrócił do dawnej skorupy.
Jak to ona powiedziała? Że Wielosokowy jeszcze mogłaby zrozumieć?
Merlinie! Przecież tylko o to się bał. Że nie zrozumie. Że gdy pozna prawdę, to go odtrąci.
„To ty ją odtrąciłeś. I to w najbardziej bolesny sposób”.
- Pan…? - jeden z Uzdrowicieli wyszedł przez drzwi oddziału i podszedł do niego. Niechętnie wyrwał się z ponurych myśli.
- Snape.
Uzdrowiciel uniósł jedynie lekko brew, ale nie skomentował. Wiedział, kim on jest. Wszyscy już wiedzieli. A jakoś nie umiał pławić się w chwale tak jak Weasley czy Potter.
- Nazywam się Collins i jestem Uzdrowicielem Oddziałowym. Panie Snape, kim pan jest dla pacjentki?
- Jestem jej partnerem. - słowo „chłopak” jakoś nie chciało mu przejść przez usta. I tak miał ochotę schować się za kolumną, bo czuł, że rumieniec wypełzł mu na policzki.
Uzdrowiciel to jednak zignorował.
- To dobrze. W takim razie pragnę pana poinformować, iż obie pańskie dziewczyny czują się dobrze. Choć wystraszyły nas nieźle. Pani Granger zemdlała...
- Obie?
Collins spojrzał na niego zaskoczony.
- Pańska, jak to pan powiedział, partnerka, jest w szóstym miesiącu ciąży. Nie wiedział pan o tym?
Zerwał się z krzesła i wbiegł na oddział. W drugim napotkanym pokoju leżała Hermiona – przytomna, choć nadal lekko blada. Na jego widok straciła jeszcze bardziej kolory.
- Panie Snape! - Collins dopadł go i rzucił z dezaprobatą.
- Jesteś w ciąży?!
Hermiona przymknęła lekko oczy. Dwa kroki wystarczyły, aby znaleźć się przy niej. Wziął ją za rękę.
- Odpowiedz.
Otworzyła oczy. Wpatrywał się w złocisto-brązowe tęczówki, których nie oglądał z tak bliska od pół roku.
Pół roku.
Sześć miesięcy.
- Panie Snape, proszę, ona potrzebuje odpoczynku!
Lekceważąc całkowicie krzyki Uzdrowiciela, usiadł na jej łóżku i przygarnął do siebie. Poczuł, jak się trzęsie a po chwili zalewa płaczem. Collins pomamrotał coś pod nosem, po czym wyszedł.
- Ty kretynko. Ty skończona kretynko. - warknął, kołysząc ją w ramionach. - Czemuś mi nie powiedziała?
- J-j-ja… chciałam...s-s-sama…
- Już, już… przepraszam. Byłem okropnym dupkiem. JESTEM dupkiem. Taka moja natura. Nie powinienem był tego wtedy mówić. Wystraszyłem się. Bałem się, że pokochałaś Matta. A nie pokochasz prawdziwego mnie. Spanikowałem. Wybacz. Proszę.
Lekko go odepchnęła. Wpatrywał się w jej zaczerwienione od płaczu oczy i czuł, że nigdy nie zasłużył na tę dziewczynę.
- Melisa.
- Co proszę?
- Melisa. - wskazała na brzuch, lekko się uśmiechając, mimo łez w oczach.
Córka.
On. Severus Snape. Będzie miał córkę.
- Daj mi spokój.
- Och, przestań, od kiedy ty tyle śpisz?
- Nie wiem. Daj mi spokój!
- Hermiona, coś ukrywasz. ZNOWU. - Ginny nie odpuszczała. Hermiona wyciągnęła głowę spod kołdry i westchnęła. Prawdę mówiąc ostatnie dwa tygodnie, podczas których musiała przed wszystkimi ukrywać swój stan, mocno jej dojadły. A Ginny i tak, prędzej czy później, wszystkiego się dowie.
- Jestem w ciąży.
Widząc minę Rudej, parsknęła śmiechem. Ginny udało się zrobić z ust idealne „O”.
- Co?! Jak to? Z kim?!
- A jak myślisz?
Młodsza dziewczyna zrobiła wielkie oczy.
- Wie?
- Nie. I się nie dowie, Ginny. Przynajmniej nie teraz. - Hermiona wolała uciąć tę dyskusję w zarodku. Ginny patrzyła na przyjaciółkę całkowicie zszokowana.
- Czemu się nie pochwaliłaś? - rzuciła z wyrzutem.
- Bo nie było czym. - Granger wzruszyła ramionami. - Ustaliłyśmy z McGonagall, że skoro to ostatni rok, to nie ma sensu przerywać nauki. Dotrwam do OWUTEMów, zdam je i skończę szkołę w terminie.
- Ale do tego czasu musisz jakoś chodzić na lekcje…. - Ruda nagle się poderwała. - Merlinie, przecież ty masz z nim codziennie zajęcia!
- Właśnie dlatego nie jest mi to zbytnio na rękę. Wczoraj o mało nie zemdlałam. - skrzywiła się.
- Kto jeszcze wie?
- McGonagall i Alexander.
- Przecież to przyjaciel Snape'a!
- Obiecał milczeć. - Hermiona wykaraskała się spod kołdry i wstała z łóżka. Ginny zdumiona wpatrywała się w jej brzuch.
- Który to miesiąc?
- Połowa czwartego.
- Ale… jak to? Przecież tak szybko...wy przed bitwą….
- Ginny. To nie jest dziecko bitwy. - Gryfonka zaczęła się ubierać.
- Ale wy wcześniej się nie widzieliście od… o rany, urodziny!
- Ironia, prawda? W dniu, kiedy wywalił mnie za drzwi, zaszłam z nim w ciążę. - Hermiona wciągnęła na siebie bluzę. Była sobota i mogła sobie pozwolić na coś innego niż szkolny mundurek. Poza tym, ostatnio ciągle jej było zimno. - A jak z tobą i Draco?
- Dzieci, póki co, nie ma szans być. - Ruda ocknęła się z szoku. Po czym zaczęła się rozwodzić na temat swojego związku. Hermiona słuchała ją jednym uchem, jednocześnie gładząc brzuch.
- On musi być ślepy, że tego nie zauważył. - Ginny nagle wyrwała ją z zamyślenia. Ruda poklepała ją po ramieniu i wyszła. Gryfonka skinęła jedynie głową. Im dłużej Severus tego nie zauważy, tym lepiej.
***
- Jak się pani czuje, panno Granger? - pani Pomfrey właśnie skończyła ją badać zaklęciem sondującym.
- Dobrze. Choć mdłości i zawroty głowy dają mi w kość. Szczególnie na Eliksirach.
Pielęgniarka westchnęła tylko. Nie skomentowała faktu, że gdyby Hermiona powiedziała o wszystkim Snape'owi to miałaby łatwiej. Zamiast tego wyszła na zaplecze i po chwili wróciła z trzema buteleczkami.
- To na mdłości. - wskazała na niebieską. - To na wzmocnienie. - potrząsnęła fioletową. - A ta jest na dobry rozwój maleństwa. - pokazała ostatnią. - Pozwól jeszcze, że zbadam jak się dziecko rozwija.
Hermiona skinęła głową i położyła się na łóżku. Pielęgniarka zaczęła machać różdżką nad jej brzuchem. Czuła dziwne mrowienie. Pani Pomfrey nagle złagodniała twarz.
- I co?
- Wszystko w najlepszym porządku. Chcesz znać płeć? - Hermiona skinęła głową. - Dziewczynka. Doskonale się rozwija. Za niedługo powinnaś zacząć czuć jak się porusza. Zgłoś się do mnie za miesiąc na kontrolę. Dobrze?
Gryfonka skinęła głową. Wzięła wszystkie butelki i wyszła ze Skrzydła Szpitalnego. Czuła się dziwnie rozczulona. Pogładziła delikatnie brzuch.
Dziewczynka.
Będzie miała córkę.
Córkę Severusa Snape'a.
- Witaj, Meliso. - pogłaskała brzuch. Nikt jej nie odpowiedział. Ale już za kilka miesięcy zobaczy ją, na własnych rękach.
***
Czerwiec. Lato wchodzące nieśmiało przez drzwi i okna. Czas, w którym uczniowie myślą już tylko o zbliżających się wakacjach.
Hermiona właśnie wyszła z ostatniego egzaminu praktycznego. Co prawda miała wrażenie, że twarz jej modela nie do końca przypominała głowę słonia afrykańskiego, lecz indyjskiego, ale i tak była z siebie zadowolona. Dotrwała do końca OWUTEMów! Teraz pozostawało jej już tylko kilka tygodni względnego spokoju na lekcjach i koniec. Ostatnie tygodnie spędziła na zakuwaniu, co, bez Rona i Harry'ego okazało się zdumiewająco łatwe. Teraz pozostało już tylko czekać na wyniki a potem – spokojnie skupić się na sobie.
Piękna pogoda skłoniła ją do tego, by wyjść na błonia i usiąść nad jeziorem. Jeszcze w zeszłym roku siadała tu z Harrym i Ronem.
***
- Granger, szlaban! - miała ochotę go udusić. Gołymi rękami. Albo nie. Liną. Albo odrąbać łeb.
Severus Snape stał nad nią z sadystycznym uśmiechem, rozkręcając swoją tyradę na temat jej nieudolności. Do szkoły po przerwie wrócił we własnej postaci, co zostało oficjalne ogłoszone podczas uczty. Dzięki temu Nietoperz z Lochów na nowo straszył. A jej zdziesiątkowanej klasie, miał spore pole do popisu. Jedyne co wprawiało w zdumienie to fakt, iż chciało mu się robić takie scenki na kilka dni przed końcem roku szkolnego.
- ...to nie tylko nie jest poziom OWUTEMów, to by nie przeszło nawet u pierwszoklasisty…
A wszystko przez to, że omyłkowo dodała trzy miarki proszku z much siatkoskrzydłych zamiast dwóch. Dla eliksiru nie miało to większego znaczenia – stawał się jedynie mocniejszy.
- MÓGŁBY PAN SKOŃCZYĆ?! - wybuchnęła. Snape'a zatkało. Spojrzał na nią i uśmiechnął się jeszcze wredniej.
- Co powiedziałaś?!
- Zapytałam, czy mógłby pan skończyć tę tyradę. Zrozumiałam, jestem kretynką, idiotką, skończonym imbecylem, tumanem, który nigdy nie powinien dotykać różdżki, jestem Panną-Wiem-To-Wszystko, która RAZ, POWTARZAM, RAZ! Popełniła błąd i to taki, który nie wpływa negatywnie na miksturę, o czym pan doskonale wie! Dlatego, niech sobie pan daruje. Rozumiem, szlaban. Pewnie do końca życia, jakby się dało. A teraz, wychodzę – podniosła swoją torbę i wymaszerowała z lochów, trzaskając głośno drzwiami. W głowie jej pulsowało i miała gigantyczną ochotę coś zniszczyć.
Kopnęła w jedną ze zbrój i ruszyła w kierunku Wielkiej Sali, gdzie uczniowie zaczynali schodzić się na obiad. Dwadzieścia minut później przybył Snape, który w pierwszej kolejności podszedł do jej stołu.
- Zjeść też mi pan nie da? - warknęła.
- Granger, szacunek! Gryffindor traci…
- 50? 100? 500 punktów? - zadrwiła.
- Pięćdziesiąt punktów. Następnym razem będzie więcej. Nie. Waż. Się. Więcej. Tak. Do. Mnie. Zwracać. Zrozumiano?
- Tak, panie profesorze. - zadrwiła i odwróciła się do niego plecami.
- Dziś o 20. W moim gabinecie. Punktualnie.
- Tak jest.
Niechętnie dokończyła obiad i poszła na resztę lekcji. Równo o dwudziestej zapukała do gabinetu, z którym miała zbyt wiele wspomnień. A jedno z nich zaowocowało tym, że już nigdy nie miała być sama.
- Wejść!
Otworzyła drzwi i wkroczyła do środka. Severus siedział w jednym z foteli i obrzucił ją gniewnym spojrzeniem.
- Granger, dzisiaj nie tylko mnie obraziłaś, ale i podważyłaś moje kompetencje. Nie mówiąc już o wystawieniu mnie na pośmiewisko.
- To akurat sam pan uczynił.
- Słuchaj, to, że kiedyś coś nas łączyło, nie upoważnia cię…
- Łączyło, tak? - zadrwiła. Spojrzał na nią zaskoczony. - Sam mówiłeś, że to było jedno wielkie kłamstwo. NIC.
- Cieszę się, że to do ciebie dotarło. Choć, jak widać, dalej sobie pozwalasz na zbyt wiele.
- Bo wie pan, panie profesorze, mimo wszystko trudno mieć szacunek do kogoś, kto rżnął mnie przez kilka ładnych tygodni, wyznał miłość, po czym uznał, że to była tylko gra. A ja byłam prywatną kurwą. - czuła, jak krew uderza jej do głowy. - A, nie mówiąc o tym, że ta sama osoba zerżnęła mnie tuż przed bitwą, potem traktując jak powietrze.
- Myślałem, że oboje wiemy, po co to było.
- Owszem. Wtedy, przed bitwą, nie miałam już złudzeń. Ale wcześniej, wyobraź sobie, że ci wierzyłam. Ufałam. Kochałam, do cholery! – nie wiadomo kiedy zaczęła krążyć po pokoju, ciskając wszystkim, co wpadło jej pod rękę. - A wiesz co jest najśmieszniejsze?! - wycelowała w niego jego własnym piórem, niczym nożem. - Że jeszcze wybaczyłabym sprawę z Eliksirem Wielosokowym. Uznałabym, że trudno, byłeś zmuszony. Do cholery, sama byłam obecna przy składaniu przysięgi, więc mogłam to pojąć! Ale nie. Ty musiałeś wszystko spalić do cna!!! - rzuciła przez pokój kałamarzem. Szkło rozprysnęło się na ścianie, tworząc malowniczy wzór z atramentu.
- Skończyłaś już?
- Nie. Wiesz co było najgorsze? Uświadomienie sobie w jednej sekundzie, że jestem i byłam dla ciebie nikim. To bolało.
- Jeśli już skończyłaś swój atak histerii, to pragnę przypomnieć, iż przyszłaś tutaj na szlaban.
- Och, oczywiście! Dawna twarz, dawne metody, prawda? Uciekanie, unikanie, byle tylko nie pokazać, że się ma uczucia! - walnęła pięścią w stół. - Tylko, że, Snape, gra się skończyła. Nie jesteś już szpiegiem. I mnie już ta retoryka nie przekonuje. Musiałam cię znosić przez ostatnie miesiące dzień w dzień. Nie warknęłam ani razu, nie komentowałam, nie dawałam się sprowokować, ale dzisiaj już mam dość!!!
- To co byś chciała usłyszeć, co? - wstał nagle z fotela, odgarniając włosy z twarzy. - Że co, że popełniłem błąd? Że jednak cię kocham, głupia dziewczyno? A może powinienem paść na kolana i się oświadczyć?
- Nie, durniu! - jej głos wzbił się o kilka oktaw. - Wystarczyłoby zwykłe PRZEPRASZAM.
- Niby za co?
- Za potraktowanie mnie jak dziwkę?
Severus zmierzył ją spojrzeniem.
Nagle poczuła, że robi jej się słabo. W brzuchu poczuła dziwny skurcz.
Z impetem upadła.
I dała porwać się ciemności.
***
- Jasna cholera! - był wściekły na siebie, że dał się ponieść emocjom. Klepał Hermionę po twarzy, próbując ją ocucić. Jednak na daremno – dziewczyna wyglądała jak spetryfikowana. Zirytowany podszedł do kominka, wrzucił proszek Fiuu i zawołał Poppy.
- Musisz ją zabrać do Świętego Munga.
- Słucham?! Przecież to omdlenie. Nie możesz jej czegoś dać?
Poppy spojrzała na niego jak na największego idiotę. Którym z całą pewnością był. Pomamrotała jedynie pod nosem i pokręciła głową.
- Zabierz ją do Munga. I najlepiej podaj się za jej chłopaka, męża, kogokolwiek z rodziny, bo inaczej nic ci nie powiedzą. No idź już, tu masz świstoklik! Ja im wyślę patronusa z informacją co i jak.
Severus skinął głową i dotknął starego kawałka papieru a drugą ręką chwycił Hermionę za ramię. Po kilku sekundach wylądował w Holu Szpitala św. Munga. Momentalnie obok niego pojawił się Uzdrowiciel.
- Proszę nam ją dać. Zajmiemy się wszystkim. - położył delikatnie Hermionę na noszach. - Proszę tu poczekać.
Mężczyzna wpatrywał się tępo w drzwi, za którymi zniknęły nosze. Teraz, siedząc w sterylnie czystej poczekalni dla rodzin pacjentów, poczuł się jak skończony idiota.
Sam nie wiedział, co go podkusiło, że dał jej dzisiaj ten szlaban. Od bitwy przecież wszystko ułożyło się tak, że nie mogło lepiej. Ona nie nawiedzała go z pretensjami. On mógł mieć ją w nosie.
Problem polegał na tym, że wcale nie chciał. Ale każdy kolejny dzień zwłoki powodował, że trudniej było mu się do niej odezwać i wszystko wyjaśnić. W końcu wrócił do swojej roli Dupka z Lochów, uznając, że to ją odstraszy.
Dziś jednak coś w nim pękło. Chciał zwrócić na sobie jej uwagę. Pokazać, że wcale nie jest mu obojętna.
- Toś pokazał. Że aż do szpitala trafiła. Kretyn. - warknął, wściekły na siebie.
Mijały kolejne minuty a on wpatrywał się tępo przed siebie. Przeżyli wojnę. Udało im się wyjść z tego bez szwanku. A on, zamiast być wdzięczny za to losowi i chwytać nadarzające się okazje, wrócił do dawnej skorupy.
Jak to ona powiedziała? Że Wielosokowy jeszcze mogłaby zrozumieć?
Merlinie! Przecież tylko o to się bał. Że nie zrozumie. Że gdy pozna prawdę, to go odtrąci.
„To ty ją odtrąciłeś. I to w najbardziej bolesny sposób”.
- Pan…? - jeden z Uzdrowicieli wyszedł przez drzwi oddziału i podszedł do niego. Niechętnie wyrwał się z ponurych myśli.
- Snape.
Uzdrowiciel uniósł jedynie lekko brew, ale nie skomentował. Wiedział, kim on jest. Wszyscy już wiedzieli. A jakoś nie umiał pławić się w chwale tak jak Weasley czy Potter.
- Nazywam się Collins i jestem Uzdrowicielem Oddziałowym. Panie Snape, kim pan jest dla pacjentki?
- Jestem jej partnerem. - słowo „chłopak” jakoś nie chciało mu przejść przez usta. I tak miał ochotę schować się za kolumną, bo czuł, że rumieniec wypełzł mu na policzki.
Uzdrowiciel to jednak zignorował.
- To dobrze. W takim razie pragnę pana poinformować, iż obie pańskie dziewczyny czują się dobrze. Choć wystraszyły nas nieźle. Pani Granger zemdlała...
- Obie?
Collins spojrzał na niego zaskoczony.
- Pańska, jak to pan powiedział, partnerka, jest w szóstym miesiącu ciąży. Nie wiedział pan o tym?
Zerwał się z krzesła i wbiegł na oddział. W drugim napotkanym pokoju leżała Hermiona – przytomna, choć nadal lekko blada. Na jego widok straciła jeszcze bardziej kolory.
- Panie Snape! - Collins dopadł go i rzucił z dezaprobatą.
- Jesteś w ciąży?!
Hermiona przymknęła lekko oczy. Dwa kroki wystarczyły, aby znaleźć się przy niej. Wziął ją za rękę.
- Odpowiedz.
Otworzyła oczy. Wpatrywał się w złocisto-brązowe tęczówki, których nie oglądał z tak bliska od pół roku.
Pół roku.
Sześć miesięcy.
- Panie Snape, proszę, ona potrzebuje odpoczynku!
Lekceważąc całkowicie krzyki Uzdrowiciela, usiadł na jej łóżku i przygarnął do siebie. Poczuł, jak się trzęsie a po chwili zalewa płaczem. Collins pomamrotał coś pod nosem, po czym wyszedł.
- Ty kretynko. Ty skończona kretynko. - warknął, kołysząc ją w ramionach. - Czemuś mi nie powiedziała?
- J-j-ja… chciałam...s-s-sama…
- Już, już… przepraszam. Byłem okropnym dupkiem. JESTEM dupkiem. Taka moja natura. Nie powinienem był tego wtedy mówić. Wystraszyłem się. Bałem się, że pokochałaś Matta. A nie pokochasz prawdziwego mnie. Spanikowałem. Wybacz. Proszę.
Lekko go odepchnęła. Wpatrywał się w jej zaczerwienione od płaczu oczy i czuł, że nigdy nie zasłużył na tę dziewczynę.
- Melisa.
- Co proszę?
- Melisa. - wskazała na brzuch, lekko się uśmiechając, mimo łez w oczach.
Córka.
On. Severus Snape. Będzie miał córkę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)